Jestem dziewczyną o smutnym uśmiechu. O pustce i smutnej obojętności w oczach. Patrzę na cierpienie innych, patrzę na własne życie z własnego punktu widzenia i z punktu widzenia osoby trzeciej. I to wszystko wydaje mi się chore. Moja anoreksja, mój nałóg, moja nauka, moja rodzina, mój dziennik, mój smutek, mój strach, mój spokój, mój optymizm w pesymiźmie, moje schizy, moje "dzieła"... To mnie zachwyca. To mnie przeraża. To mnie niszczy i to mnie buduje... Tyle sprzeczności w charakterze. Tyle sprzeczności w moim ciele. W kruchym jak porcelana ciele, a jednocześnie wytrzymała jak skała, czy głaz.
Znikam zatracając się w sobie. Podchodzę codziennie rano do innych z uśmiechem. Pewna siebie, a jednak siebie nienawidzi. Coś tu jest nie tak...
Jestem dziewczyną czującą się potworem, która jest tak nazywana. Jestem dziewczyną nie znoszącą swojego ciała i chce chodź raz podejść do lustra i powiedzieć, że jest z siebie zadowolona. Jestem osobą, o zmiennym , a jednocześnie stałym charakterze. Chcę na siebie przyjąć ciosy od innych. Wolę by na mnie się wyżywali, wolę by mnie obarczali, nawet jeśli nie dam rady tego udźwignąć, to zdejmę ciężar z innych...
Czuję się niepotrzebna innym.
Gdy inni cierpią, gdy inni płaczą, gdy się smucą to mam ochotę podejść do każdej takiej osoby i jej pomóc, ale sama też przeżywam wiele rzeczy, ale nigdy nikogo nie ma gdy ja kogoś potrzebuje.
Ta cholerna obojętność tak boli...
To codzienne olewanie, rani bardziej niż złość i nienawiść kierowana do mnie.
Chcę na kogoś liczyć, chociaż raz by mieć się na kimś oprzeć i chociaż wyżalić, bez usłyszenia jedynie "aha". Ta obojętność boli. To rani, bardziej niż żyletka, bardziej niż miłość, bardziej niż smutek.
Przelewam swoje łzy, przelewam swoje uczucia i umieram, bo mimo iż są gdzieś przekazane to tylko na papierze, a nie słownie, nie cieleśnie i tak jest zawsze.
Cierpię przez tą samotność, która jest moim cichym cieniem.
Spotykam się codziennie z moimi przyjaciółmi.
Witam się grzecznie z depresją, ze śmiercią, ze smutkiem i ze sobą. To są moi przyjaciele. Tak oni mnie nigdy nie opuszczą....